Archive for the ‘Archiwa z Przekazu dla Potomnych’ Category

Nie mają sposobu na wandali

Wednesday, February 16th, 2005

Cmentarze komunalne nie radzą sobie z plagą złodziei

Porozrzucane wieńce, powyrywane kwiaty, skradzione znicze – taki widok spotkał naszą Czytelniczkę dzień po pogrzebie teścia. Cmentarz na Osobowicach przyznaje, że nie radzi sobie ze złodziejami i wandalami.

- W sobotę poszliśmy z rodziną na grób zapalić znicze – opowiada Czytelniczka. – Ale z oburzenia nie mogliśmy się nawet w skupieniu pomodlić. Układając wieńce przeżyliśmy drugi pogrzeb! Miałam ochotę stanąć na środku alei i krzyczeć ze złości. Za pogrzeb i za miejsce na 20 lat rodzina zmarłego zapłaciła prawie 1500 zł. Na co cmentarz wydaje te pieniądze?! Czy tam jest w ogóle jakaś ochrona? – denerwuje się Czytelniczka.

Kwiaty oznakowane
Problem kradzieży jest znany pracownikom starych cmentarzy.
- Zatrudniamy firmę ochroniarską, ale bardzo ciężko jest upilnować złodziei – mówi Anastazja Borska, kierowniczka Cmentarza Osobowickiego. – Jeden pracownik tej firmy cały dzień poświęca na obchód, ale to jest 55 ha. Niewiele z tego wynika, bo trudno jest rozpoznać, czy pochylająca się nad grobem osoba to opiekun czy złodziej. Drobne rzeczy łatwo mieszczą się do torby. Trzeba byłoby stać nad każdym i łapać za rękę. Wzywamy policję, ale kończy się to tym np., że opiekun grobu nie potrafi rozpoznać sztucznych kwiatów, bo ich przecież nie poznaczył. Policja stwierdza, że szkodliwość takich czynów jest niska.

Przede wszystkim śmieci
Borska przyznaje, że przynajmniej raz w tygodniu ktoś przychodzi ze skargą, że zginęło mu coś z grobu.
- Złodzieje wyrywają nawet pompy do wody. Punkty złomu skupują przecież wszystko. A cmentarz jest w pobliżu tzw. trójkąta bermudzkiego – dodaje kierowniczka.
Na co cmentarz przeznacza pieniądze, za które rezerwujemy miejsce np. na 20 lat?
- Przede wszystkim na wywożenie kontenerów ze śmieciami, których mamy 254 – odpowiada Borska.

Na złodzieja broszura
Jest jednak we Wrocławiu cmentarz, na którym nie ma kradzieży.
- Cmentarz na Na Psim Polu jest nowy, ma tylko 9 hektarów, drzewa zasadziliśmy tylko wzdłuż alei, ogrodzenie w całości jest szczelne, bo murowane – wylicza Zofia Kluszycka, dyrektor Zarządu Cmentarzy Komunalnych. – Tam sprawdza się system monitoringu. Na Grabiszynku czy Osobowicach nic by to nie dało. Trzeba byłoby montować kamerę na każdym krzaku. Póki będzie takie bezrobocie i możliwości handlu nielegalnego, takie kradzieże nie znikną.
Kluszycka zapowiada jednak, że razem z policją zorganizuje niebawem akcję przeciw złodziejom. – Współdziałamy z zarządem cmentarzy – mówi Paweł Petrykowski z wrocławskiej policji. - Posyłamy dodatkowe służby pojawiają się na cmentarzach przed świętami, kiedy ruch tam jest większy. Policjanci z komisariatu na Psim Polu przygotowują broszurę, którą będzie można dostać na cmentarzu osobowickim, by nie kupować od kogoś na cmentarzu czegoś po okazyjnej cenie. Jest ryzyko, że taka rzecz pochodzi z kradzieży.

Za co odpowiadają cmentarze
Zarząd Cmentarzy Komunalnych jest odpowiedzialny m.in. za:
* prowadzenie ewidencji osób pochowanych na cmentarzach komunalnych
* należyte utrzymanie zarządzanych cmentarzy pod względem czystości i porządku

Autor artykułu: Anna Gabińska

Zbadany na czuja?

Wednesday, February 16th, 2005

Początek procesu lekarza z izby wytrzeźwień oskarżonego o błąd, który omal nie doprowadził do śmierci człowieka

W izbie mam tylko słuchawki, alkomat, aparat do mierzenia ciśnienia i latarkę. Tymi przyrządami nie jestem w stanie stwierdzić, czy ktoś ma tętniaka – bronił się przed atakiem prokuratora zdenerwowany Janusz K.

Stanął wczoraj przed sądem dlatego, że u Jana B., który trafił na izbę podczas jego dyżuru, nie wykrył tętniaka mózgu, a potraktował go jak “zwykłego” pijanego pacjenta i tymsamym naraził go na śmierć.
Na szczęście lekarzom ze szpitala wojskowego udało się uratować Jana B. Ale mężczyzna jest do dzisiaj sparaliżowany. Były lekarz ( obecnie Janusz K. jest na emeryturze) nie przyznaje się do winy. Wczoraj przed sądem złożył obszerne wyjaśnienia. Jego zdaniem było tak:

Zacisnął zęby
Czwartek 30 marca 2000 roku, ok. godziny 16.00. Na izbie wytrzeźwień przy ul. Sokolniczej panuje względny spokój. Na odziale jest dwóch pacjentów, którzy trafili tu jeszcze dnia poprzedniego i dwóch “nowych”, już z czwartku. Policjanci przywożą właśnie Jana B. Trzymają go pod ręce. Twierdzą, że pijanego mężczyznę, z którym trudno nawiązać kontakt, zatrzymali w Hali Ludowej.
- Zapytałem czy pił. Nie dostałem odpowiedzi. Wziąłem więc do ręki alkomat. Ale pan B. kurczowo zacisnął zęby nie pozwalając wcisnąć sobie do buzi rurki od alkomatu. Dlatego nie mogliśmy go przebadać – tłumaczył wczoraj przed sądem Janusz K.

Nie mogłem się pomylić
Jak przekonuje i on, i sanitariusze z izby, którzy pracowali tego dnia, mieli czuć od przywiezionego mężczyzny wyraźną woń alkoholu. Dlatego położyli go do łóżka.
- Zachowywał się spokojnie. Nie było żadnych objawów neurologicznych, które mogłyby wskazywać, że jest z nim coś nie tak – przekonuje lekarz.
O godz. 18 Janusz K. idzie na kolejny obchód. – Przeraziłem się widząc, że pan B. ma wyraźne zaburzenia oddechu. Jedna gałka oczna uciekła mu całkowicie do góry, druga na bok. Natychmiast wezwaliśmy pogotowie – opowiada.
Karetka przyjeżdża ok. godz. 18.20. Lekarz pogotowia, który nią przyjeżdża ma już wątpliwości czy Jan B. jest pod wpływem alkoholu. Na drugi dzień rano oskarżony dowieduje się, że Jan B. został w nocy zoperowany w szpitalu wojskowym. Lekarze wykryli u niego wrodzonego tętniaka mózgu.
- Miałem mało pacjentów tego dnia. Nie mogłem się pomylić, przeoczyć jakiegoś objawu. Ale żeby wykryć tętniaka trzeba przeprowadzić badania tomograficzne lub rezonans magnetyczny – tłumaczył w sądzie oskarżony.
Biegli, którzy badali sprawę stwierdzili, że widząc takie zachowanie pacjenta powinien wziąć pod uwagę tętniaka mózgu.
Kolejna rozprawa na początku kwietnia. Zeznawać będą sanitariusze, którzy opiekowali się Janem B. Sąd zdecyduje też czy potrzebna jest kolejna ekspertyza biegłych.

Autor artykułu: Krzysztof Kamiński

Placyk ciągle najważniejszy

Tuesday, February 15th, 2005

Mimo szumnych zapowiedzi Ministerstwa Infrastruktury,
nie będzie zmian w egzaminach na prawo jazdy

Bardzo podobał mu się projekt Ministerstwa Infrastruktury, który przewidywał, że umiejętności parkowania byłyby sprawdzane na ulicy, nie na placu. I także to, że więcej byłoby jazdy poza miastem. Natomiast po-mysł zainstalowania w samochodzie kamery, która rejestrowałaby przebieg egzaminu już go tak nie zachwycał. – I bez tego człowiek ma ogromne nerwy. Kamera je spotęguje – tłumaczy.
Wraz z Tomkiem, w budyneczku przy placu manewrowym Wojewódzkiego Ośrodka Ruchu Drogowego w Wałbrzychu, stało wczoraj kilkanaście osób. Namówić ich na rozmowę było trudno – zaraz szli na egzamin. Młoda brunetka już po raz ósmy.
– Placyk zaliczyłam, ale jazda po mieście mi nie szła – tłumaczy.
– Parkowanie, cofanie, łuki – to nie jest takie trudne. Ale emocje robią swoje – mówi Ola Bęc. Ona nie zaliczyła placyku i tak się zdenerwowała, że nie zamierza podchodzić po raz kolejny.
Po staremu
Ministerstwo Infrastruktury szeroko reklamowało nowy projekt egzaminu, wlewając nadzieję w serca kursantów. Zdający wreszcie mieli parkować w mieście, we wskazanej przez egzaminatora okolicy, w miejscu wybranym przez siebie. Podczas egzaminu w samochodzie miał być instruktor, który ich uczył.
– To zabieg bardziej psychologiczny, ale mógł być pomocny, bo kursanci bardzo się denerwują – tłumaczy Dariusz Kołdon dyrektor wałbrzyskiego WORD. Rejestracja przebiegu egzaminu na wideo byłaby z kolei przydatna w razie sprzeciwów czy odwołań.
Największą aprobatę instruktorów
i kursantów zyskał pomysł wyjazdów poza miasto. – Boją się wyprzedzać – mówi o młodych prowadzących Dariusz Nosal, kierowca z ogromnym doświadczeniem. Wałbrzyszanom przydałoby się ponadto pojeździć trochę np. we Wrocławiu, bo panikują za kierownicą, gdy widzą tramwaj.
Wałbrzyski WORD był przygotowany do wprowadzenia nowych zasad egzaminowania. Dyrektor Kołdon nawet wyliczył, że zainstalowanie kamer w 12 samochodach kosztowałoby około 120 tys. zł.
Choć drogo, chcą wdrażać
Dariusz Kołdon ma świadomość, że wyjazdy na trasy pozamiejskie oznaczają większe zużycie paliwa. Ale ten pomysł akurat bardzo mu się podoba. Wie, że kierowcy bez doświadczenia, którzy zdali egzamin, na trasie już się gubią. Rejestrowanie na wideo podoba mu się mniej. – Nigdzie na świecie nie ma kamer w autach – tłumaczy Jan Gurazda, szef egzaminatorów z wałbrzyskiego WORD, który brał udział w pracach zespołu opracowującego nowe zasady egzaminów na prawo jazdy. On także jest zwolennikiem rezygnacji z manewrów na placu na rzecz jazdy po mieście.
WODR musiałby jednak zarobić na te zmiany.
Pracują nad projektem
Podczas spotkania przedstawicieli ministerstwa z dyrektorami ośrodków sygnalizowano, że zmiany mogą odbić się na cenach egzaminów. Teraz sprawdzian kosztuje 100 złotych.
Po zmianach na pewno byłby droższy. Na podwyżkę opłat za egzamin musieliby się zgodzić urzędnicy z Warszawy. Nie wyrazili jednak na to aprobaty, za to forsowali projekt zmian w egzaminie. Ostatecznie minister infastruktury nie podpisał projektu rozporządzenia. Wiadomo tylko tyle,
że wciąż trwają nad nim prace, ale tym razem zmiany nie są już tak rewolucyjne. Wczoraj nie udało się potwierdzić tych informacji – urzędnicy ministerstwa byli zbyt zajęci.
Dlatego będziemy do tematu wracać.

Autor artykułu: Alina Gierak

Yann zwycięzca

Tuesday, February 15th, 2005

KOSZYKÓWKA Avlijas zaistniał w statystykach, ale niczym nie zaimponował

Francuz Yann Mollinari wreszcie zaprezentował wszystko to co potrafi. Wczoraj świetnie podawał i bardzo celnie rzucał, więc Turów nie miał problemów z pokonaniem Astorii

Spotkanie dla zgorzelczan mogło być łatwiejsze. Wszystkie wiadomości płynące z Bydgoszczy mówiły, że na sobotnim treningu poważnej kontuzji doznał amerykański rozgrywający Astorii – Greg Harrington. W niedzielę dość mocno spuchła mu noga, ale mimo to pojawił się wczoraj na parkiecie. Spisywał się bardzo dobrze i gdyby nie on Dolnoślązacy mieliby znacznie łatwiejszą przeprawę.
Turów, dopingowany przez głośną grupę kilkudziesięciu fanów, już w pierwszej, bardzo wyrównanej połowie, mógł przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Bydgoszczanie za każdym razem jednak niwelowali straty. Pod koniec drugiej kwarty wyszli na prowadzenie i do przerwy byli nawet lepsi o dwa punkty. W Turowie wyróżniał się niezwykle skuteczny Wojciech Szawarski, który bombardował kosz rywala rzutami z dystansu.
O wygranej Turowa zadecydował jednak Francuz Yann Mollinari, który po zmianie stron albo sam zdobywał punkty (w całym meczu), albo świetnie podawał kolegom (asyst). Zgorzelczanie zaczęli uciekać rywalom pod koniec 3 kwarty i do końca spotkania już tylko powiększali przewagę.
W ekipie Mariusza Karola zadebiutował świetnie znany z gry w Śląsku Wrocław – Bośniak Aleksandar Avlijas, który opuścił izraelski Maccabi Petah Tikva. Swoją grą jednak nie zachwycił. Zdobył tylko punkt z rzutów wolnych i zaliczył przechwyt.
W kolejnym meczu – przeciw Platinum Wiśle Turów wystąpi już z nowym środkowym – 21-letnim Chorwatem Jure Lozanciciem. Koszykarz mierzący 213 cm wzrostu podpisał już kontrakt i ma się dziś pojawić w Zgorzelcu.

1. Prokom 16 31 +273
2. Anwil 16 29 +138
3. Polonia 16 25 +110
4. Turów 16 25 +32
5. Polpharma 16 24 +24
6. Wisła 16 24 -87
7. Astoria 16 23 -54
8. Śląsk 16 22 -17
9. Czarni 16 22 -65
10. AZS Koszalin 16 21 -95
11. Noteć 16 21 -112
12. Gipsar Stal 16 20 -147
W następnej kolejce (19.02) grają: Śląsk – Czarni, Turów – Platinum, Astoria – AZS, Noteć – Gipsar, Prokom – Anwil, Polpharma – Polonia.

Astoria Bydgoszcz 74
Turów Zgorzelec 80
17:17, 20:18, 20:25, 17:20
Astoria: Harrington 27 (3), Kudriawcew 11 (1), Wiekiera 10 (2), Szczotka 9 (1), Wilangowski 4 oraz Arabas 9 (2), Dryja 4, Korszuk 0.
Turów: Mollinari 23 (2), Szawarski 17 (4), Machowski 14 (2), Young 10, Zabłocki 3 (1) oraz Bennett 8, Laksa 4, Avlijas 1, Łopatka i Czerwonka po 0.

Autor artykułu: Michał Karpiński

Anioł się objawił

Tuesday, February 15th, 2005

Pewna wygrana Polaru w Dzierżoniowie z Heko Czermno

Wicelider III ligi śląskiej pokonał lidera III ligi lubelskiej 3:1 (2:0). Mecz rozegrano na sztucznej płycie w Dzierżoniowie, który powoli staje się jednym z popularniejszych ośrodków przygotowawczych dla drużyn piłkarskich z Polski i zagranicy. Tu m.in. formę szlifowała pierwszoligowa Odra Wodzisław pod wodzą trenera Franciszka Smudy.
We wczorajszym pojedynku znacznie lepsze wrażenie pozostawili polarowcy. Kierownik tego zespołu Władysław Tronina, zapytany o przebieg spotkania, odpowiedział w charakterystyczny dla siebie sposób: – Anioł nam się objawił i zapowiada walkę o króla strzelców III ligi.
I, rzeczywiście. Artur Anioł, bo o niego chodzi, pokazał, że potrafi zdobywać bramki. Już do przerwy trafił do siatki rywala dwukrotnie. Jego dyspozycja najbardziej cieszy sztab szkoleniowy, bo po odejściu do Kaiserslautern Michała Ilkowa-Gołąba, w ataku trener Artur Nahajło nie ma dużego pola manewru w ataku.

POLAR WROCŁAW 3
HEKO CZERMNO 1
do przerwy: 2:0.
bramki dla Polaru: Anioł 2 (7, 32), Bobik (88).
POLAR: Hryńczuk – Imianowski, Hirsz, Boldt, Zmyślony – Ogórek, Kalinowski, Lis, Bielski – Anioł, Augustyniak.
Ponadto grali: Buchla, Gajowy, Kulas, Spaczyński, Jaskólski, Aleksander, Piątkowski, Bobik.

Autor artykułu: (im)

Pałacowy ping pong

Monday, February 14th, 2005

Mógłby być perełką – jest ruiną, bo nikt nie wie, jak dogadać się z dzierżawcą zabytku

KAMIENIEC ZĄBKOWICKI
Siedemnaście lat temu Włodzimierz Sobiech wydzierżawił kamieniecki pałac na 40 lat.
– W tamtych czasach to było szaleństwo. Można go było tylko za to podziwiać i wspierać – mówi Andrzej Kubik, wojewódzki konserwator zabytków.
Dzisiaj Włodzimierz Sobiech pozostaje w jawnym konflikcie z wójtem Kamienca Ząbkowickiego i służbami kontrolnymi
– od konserwatora zabytków poczynając na nadzorze bu-dowlanym kończąc. – Nikt nie neguje zasług pana Sobiecha dla uratowania tego zabytku
– mówi Stanisław Gembara, przewodniczący rady. – Ale pora podjąć zdecydowane kroki, bo jeśli tego nie zrobimy wszyscy stracą.
Dziewiętnastowieczny pałac projektu Karola Schinkla to perełka architektury neogotyckiej. Gigantyczny obiekt (całkowita jego powierzchnia to ponad 19 tysięcy metrów kw.) lata świetności ma już jednak za sobą.
Poza prawem
– Zamek odnawiany był bez konsultacji ze służbami konserwatorskimi, po amatorsku, czego skutki są widoczne
– mówi Andrzej Kubik.
Poważne uwagi ma również nadzór budowlany, którego zdaniem obiekt nie powinien być udostępniany do zwiedzania, choć w rzeczywistości turyści są po jego części oprowadzani.
– Na kogo spadnie odpowiedzialność, jeśli coś się stanie? Przecież odpowiadać będziemy wszyscy – mówi wójt Zdzisław Fleszar.
Sam Włodzimierz Sobiech czuje się krzywdzony. Uważa, ze wszystko robił jak należy, a cała sprawa jest zwyczajną nagonką, której celem jest pozbawienie go dzierżawy.
– Tu jest potrzebny inwestor z pieniędzmi, a tych pan Sobiech nie ma, co zresztą sam otwarcie przyznaje – dodaje Stanisław Gembara.
Pisemna propozycja
Włodzimierz Sobiech proponuje, by gmina wniosła do spółki aport – wartość ruiny, a on sam koszt prac remontowych
i wyposażenia. Jego zdaniem spółka przyniesie same korzyści, m.in. pozwoli starać się
o unijne fundusze, a gmina uniknie kosztów związanych
z zerwaniem umowy dzierżawy.
Przedstawiciele gminy i ra-dni nie ukrywają zdumienia tą propozycją, w myśl której rola właściciela pałacu sprowadzałaby się przede wszystkim do dawania. Decyzji jednak nie podjęto. Uznano, że o losie pałacu powinni wypowiedzieć się radni. Tymczasem wystawiony na sprzedaż pałac ma wielu amatorów. Czterech już złożyło konkretne oferty.

Autor artykułu: Joanna Kasprzak

Domofon na niby

Monday, February 14th, 2005

Na obietnice oszustów nabrało się co najmniej kilkanaście osób
Są grzeczni, schludnie ubrani i przekonujący. Mowa o dwóch mężczyznach, którzy powołując się na współpracę z Miejskim Zarządem Budynków namawiają wałbrzyszan na założenie domofonu.
Pobierają pieniądze i już więcej się nie pojawiają. Policja apeluje o zgłaszanie się poszkodowanych osób

Do mieszkania Jadwigi Ryl oszuści nie dotarli.
– Naciągnęli sąsiadkę i już do mnie nie zadzwonili. W tych czasach strasznie trzeba uważać – mówi wałbrzyszanka.
Teodorę Andrzejewską spotkanie
z oszustami kosztowało sto złotych.
– Za te pieniądze dostałam słuchawkę, która jest popsuta. O, tu nawet jej mocowanie jest połamane – denerwuje się kobieta, pokazując nabytek.
84-latka teraz się śmieje i złości na zmianę.
Telefony się urywają
– Domofon w naszej bramie już dłuższy czas jest zepsuty. Więc nie zdziwiło mnie, że chcą go wymienić. Panowie przekonywali, że przyszli na zlecenia ADM-u, więc tym bardziej uwierzyłam
– mówi pani Teodora. – Wzbudzili moje zaufanie i wykorzystali to. Mieli przyjść założyć domofon następnego dnia. Nie przyszli. Została mi tylko zepsuta słuchawka!
Dwaj mężczyźni, rzekomo polecani przez MZB, są bardzo uprzejmi. Krążą po domach wałbrzyszan od ok. dwóch tygodni.
– Nie mamy nic wspólnego z tymi osobami. Zarówno Miejski Zarząd Budynków, jak i Administracje Domów Mieszkalnych nie rekomendują firm do wymiany domofonów, bram, okien, rolet, czy też gazowych piecyków. Po domach krążą zwyczajni oszuści – mówi Grażyna Muszyńska-Szmaj, prezes MZB w Wałbrzychu.
W administracji urywają się telefony. Dzwonią mieszkańcy, którzy dali się nabrać na rzekomą instalację domofonów oraz ci, którzy chcą się upewnić, czy firma faktycznie współpracuje z MZB.
– Nikt nie ma naszych listów polecających – zapewnia Szmaj. – Nawet jeśli wspólnoty mieszkaniowe wybiorą firmę do wykonania np. domofonu, to wiedzą o tym wszyscy mieszkańcy, w dodatku wywieszane są stosowne informacje. Jeśli ktoś ma jakiekolwiek wątpliwości może do nas zadzwonić i sprawdzić informacje, by nie paść ofiarą oszustwa.
Nie dać się nabrać oszustom
Nie wiadomo ile osób dało się nabrać na krążące firmy. MZB mówi o kilkunastu przypadkach. Na policji nikt jednak nie złożył oficjalnego doniesienia. Prawdopodobnie osoby takie wstydzą się, że dały się nabrać.
– Ale ja powiem policji wszystko jak było. A innych ostrzegam, by nie ufali obcym – mówi Teodora Andrzejewska.
Mundurowi proszą wszystkich po-szkodowanych o kontakt. A jak uniknąć straty?
– Przedstawiciele wszelkich firm powinni mieć ze sobą legitymacje. Gdy ich nie mają, można taką osobę spisać
z dowodu osobistego. Można również zadzwonić np. do siedziby firmy, którą reprezentuje i sprawdzić wiarygodność przedsiębiorcy. Nigdy nie wolno wpłacać na początku jakichkolwiek pieniędzy. Płacić trzeba, ale za wykonaną usługę. Tylko wtedy! – zastrzega aspirant Ireneusz Smoła z Komendy Miejskiej Policji w Wałbrzychu.

Autor artykułu: Stefan Augustyn

Budżetowe fikołki

Monday, February 14th, 2005

Legnickie Pole Gmina zaciągnęła olbrzymi kredyt na budowę hali sportowej, bo liczyła że dostanie pieniądze z funduszy unijnych. Teraz ma potężne długi

O tym, że nie dostaniemy zwrotu pieniędzy, dowiedzieliśmy się dopiero w styczniu – mówi Halina Przybylska, inspektor ds. inwestycji w Urzędzie Gminy. – Musimy spłacać kredyt, zamiast zainwestować te środki w skanalizowanie ośmiu wsi.

Inwestycja pochłonęła 2,63 mln zł. Gmina dostała po 150 tys. od wojewody dolnośląskiego oraz z Ministerstwa Edukacji Narodowej i Sportu. – Rozpoczęliśmy budowę, bo liczyliśmy na pieniądze unijne – wyjaśnia Halina Przybylska. – Z Zintegrowanego Programu Rozwoju Regionalnego mieliśmy otrzymać 1,775 mln zł. Warunek był taki, że inwestycje finansujemy z własnych środków, a dopiero po jej zakończeniu możemy liczyć na zwrot pieniędzy.
Wnioski o dotację gmina złożyła w urzędzie marszałkowskim. Jako że zostały pozytywnie zaopiniowane, w maju tamtego roku rozpoczęła się budowa hali. Gmina zaciągnęła na ten cel dwa miliony złotych kredytu. Budowa została zakończona w grudniu. Najbardziej ucieszyli się z tego uczniowie Zespołu Szkół w Legnickim Polu. Jest to jedyna w gminie pełnowymiarowa hala sportowa z trybunami. – Do tej pory lekcje wychowania fizycznego mieliśmy w sali Gminnego Ośrodka Kultury – tłumaczy Angelika z III klasy gimnazjum. – Tam było ciasno. A tutaj mamy boiska do siatkówki i koszykówki. Jest cudownie!
Jednak dla wójta Mariana Krzeczkowskiego, ta inwestycja może skończyć się ogromnymi problemami. – Ciężko jest spłacać kredyt – mówi wójt. – Ciągle jednak liczymy na to, że dostaniemy te pieniądze. Do tego czasu musimy wstrzymać wszelkie inne inwestycje.
- Gdybyśmy wiedzieli, że nie dostaniemy tych pieniędzy, to rozłożylibyśmy budowę hali na kilka lat – dodaje Halina Przybylska. – MENiS obiecał nam na ten cel około 600 tys. zł w tym roku. W przyszłym też dostalibyśmy coś.
Artur Paprota, wicemarszałek województwa mówi, że jest jeszcze szansa na zwrot pieniędzy Legnickiemu Polu. – Gminy złożyły wnioski o pieniądze na infrastrukturę społeczną, na 30 mln euro – wyjaśnia Artur Paprota. – Tymczasem do podziału otrzymaliśmy tylko 2,4 mln euro.
Z tego programu pieniądze dostali nieliczni. – Zwróciliśmy się do Ministerstwa Gospodarki o przesunięci środków z innych działów na infrastrukturę społeczną i sportową. Jeżeli ministerstwo się zgodzi, na pewno przychylnym okiem spojrzymy na Legnickie Pole – zapewnia Paprota.

Autor artykułu: Zygmunt Mułek

Dziewięć kilometrów PRL

Monday, February 14th, 2005

Co kryją archiwa wrocławskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej

Nazwiska około stu tysięcy osób z Dolnego Śląska pojawiają się w zasobach archiwalnych wrocławskiego IPN. Jest wśród nich m.in. rejestr nazwisk i pseudonimów tajnych współpracowników służb bezpieczeństwa PRL.

To nie jedyny spis, którym dysponuje IPN. Kolejny to zbiór nazwisk osób, którymi interesowały się służby bezpieczeństwa. Figuruje na nim około 11 tysięcy nazwisk. Według szefa wrocławskiego oddziału IPN prof. Włodzimierza Sulei można uznać ich za osoby pokrzywdzone.
- To ludzie, wobec których peerelowska bezpieka prowadziła postępowania dochodzeniowo-śledcze – wyjaśnia.
W obrębie materiałów archiwalnych IPN jest jeszcze trzeci rejestr – zawiera teczki personalne i akta osobowe pracowników służb bezpieczeństwa.
Tymczasem po tym, jak w internecie zaczęła krążyć tzw. lista Wildsteina, coraz więcej Dolnoślązaków składa w IPN wnioski o nadanie im statusu osób pokrzywdzonych. Są wśród nich osoby znane publicznie – senator LPR, były działacz jeleniogórskiej opozycji Ryszard Matusiak czy prof. Ryszard Andrzejak, prorektor Akademii Medycznej we Wrocławiu.

Jawny, ale dostępny tylko dla naukowców i dziennikarzy jest rejestr osób, wobec których UB i SB prowadziły postępowania. Chodziło o różne sytuacje: od działalności konspiracyjnej w ramach Solidarności, po pracę w tajnych wydawnictwach, czy kolportowanie ulotek. Na tym spisie figurują nazwiska wielu znanych działaczy opozycji demokratycznej – dziś osób publicznych. Są m.in. Władysław Frasyniuk, Józef Pinior, Stanisław Huskowski. Obok nazwiska Kornela Morawieckiego w nawiasie umieszczono drugie – Miorawiecki.
- W niektórych dokumentach bezpieka błędnie pisała jego nazwisko – tłumaczy prof. Suleja.

Służby śledziły
Obok nazwisk figurują także prowadzone przez SB sprawy. Są tu wpisy takie jak: ,,spowodowanie awarii wirnika w Dolmel” czy ,,zorganizowanie przerw w pracy w czterech zakładach pracy”. – To znaczy, że służby badały jakąś sprawę, w tym wypadku zapewne chodziło o organizację strajków, ale nie wiedziały, kto za nią odpowiadał – tłumaczy szef wrocławskiego IPN. Niedostępne, bo znajdujące się w zasobie tajnym Instytutu, są natomiast rejestry TW oraz pracowników UB i SB. Wszystkie materiały zgromadzone przez IPN we Wrocławiu to około 9 kilometrów akt. Trafiły tu z różnych instytucji na Dolnym Śląsku – z UOP, który przejął archiwa po UB i SB, ale także z sądów, prokuratur, służby więziennej. Dotyczą okresu całego PRL – od roku 1945 do 1989.

Wiedza, która boli
Wniosek o przyznanie statusu osoby pokrzywdzonej we wrocławskim IPN złożył Ryszard Matusiak, senator LPR z Jeleniej Góry. Zrobił, to po tym, jak w internecie na tzw. liście Wildsteina znalazł swoje nazwisko. – Byłem internowany i wielokrotnie zatrzymywany. Jestem osobą pokrzywdzoną. Muszę teraz bronić swojego dobrego imienia – tłumaczy. Wcześniej do swojej teczki zaglądać nie chciał. – Mogłem się spodziewać tylko smutku i przykrości. Nie chcę osądzać tych, których złamano i na mnie donosili – stwierdza.
Podobnie mówi Stanisław Huskowski, obecnie senator PO, we wrocławskim IPN jego nazwisko jest na liście poszkodowanych.
- Wolę nie wiedzieć. Taka wiedza byłaby bardzo obciążająca. Jak miałbym rozmawiać dziś z ludźmi, którzy zostali złamani szantażem i na mnie donosili? Miałbym z tym problem – stwierdza.

Zobaczyć mimo wszystko
- Złożyłem wniosek o udostępnienie mojej teczki i otrzymałem od IPN status osoby pokrzywdzonej. Podobnie moja żona Maria – mówi Józef Pinior, dziś eurodeputowany, kiedyś jeden z czołowych dolnośląskich opozycjonistów. Przyznaje jednak, że do swojej teczki jeszcze nie zaglądał. – Byłem wtedy pochłonięty kampanią europejską. Zresztą ja już bardzo dużo wiem. Domyślam się kto donosił – stwierdza. Pinior mówi jednak, że do teczki mimo wszystko będzie chciał zajrzeć. Inaczej niż Władysław Frasyniuk (szef Unii Wolności).
- Nie chcę mieć na starość jeszcze więcej siwych włosów – mówi.

Zamieszanie w środowisku akademickim
Krążąca od ponad tygodnia w internecie tzw. lista Wildsteina wywołuje różne reakcje. Do wrocławskiego IPN tłumnie zgłaszają się ludzie, którzy odnaleźli na niej swoje nazwiska. Wśród nich są osoby publiczne. M.in. prof. Ryszard Andrzejak, prorektor Akademii Medycznej we Wrocławiu. Na swojej stronie internetowej wydał on specjalne oświadczenie, w którym zapewnił, że nigdy nie był świadomym, ani tajnym współpracownikiem służb specjalnych PRL. Skąd taka reakcja? Na AM trwają wybory rektora uczelni. Andrzejak jest jednym z kandydatów. W oświadczeniu napisał, że działania te podjął ,,mając na celu powstrzymanie pojawiających się elementów negatywnej kampanii wyborczej” związanej z tzw. listą Wildsteina.

Autor artykułu: Wojciech Szymański

Postawili się mistrzom

Monday, February 14th, 2005

Legniczanie nie zagrali w najsilniejszym składzie, ale zaimponowali ambicją

Mistrzowie Płock przyjechali do Legnicy po łatwe punkty, ale musieli walczyć do ostatniego gwiazdka. Ponad tysiąc widzów zgromadzonych w hali Miedzi mogło być zadowolonych, bo beniaminek nie przestraszył się faworyzowanego rywala. I wypadł lepiej niż niejedna bardziej renomowana drużyna. Początek meczu na to nie wskazywał, bo w 13 min goście prowadzili 10:4 i wydawało się, że rozgromią Miedziankę. Jednak ambicja gospodarzy sprawiła, że po dwóch golach Piotra Obrusiewicza schodzili oni tylko z jednobramkowa stratą.
- Mimo porażki gratulowałem zespołowi bardzo dobrego meczu. To dobrze rokuje przed ważnym dla nas środowym spotkaniem w Piekarach Śląskich z Olimpią – powiedział Mirosław Sanecki, trener Miedzi.

Miedź Legnica 32
Wisła Płock 37
do przerwy: 19:20
Miedź: Zaprutko, Wysoczański, Madaliński – Żmurko 2, Obrusiewicz 10, Kubisztal 4, Mazur 2, Sroka 4, sołoducha 0, Kurdziel 2, R. Fabiszewski 4, Będzikowski 1, Góreczny 4, Piotrowicz 1. Kary: 14 min
Wisła: Wichary, Góral – Ilin 9, Wiśniewski 5, Syczkow 5, Titov 2, Witkowski 1, Martysik 4, Paluch 1, Kuptel 4, Wuszter 1, Zołoteńko 3, Twardo 1. Kary: 14 min. Widzów 1000.

Autor artykułu: (SKI)