Gmina nie chce płacić za sprzątanie śniegu
Autobusy spóźniały się nawet półtorej godziny. Tramwaje nie mogły skręcać, bo pługi i mróz blokowały zwrotnice. Wrocławianie spóźniali się do pracy i szkół. Przyszła zima…
Śnieg sypał od samego rana. O 7 rano całe miasto było już białe. Zasypane były jezdnie, mosty, chodniki. Głównymi ulicami samochody jeździły z prędkością 20 km na godzinę. Kierowcy byli ostrożni, ale i tak przez półtorej godziny – od 8 do 9.30 było 15 stłuczek czyli dwa razy więcej niż zwykle. – Dzisiaj powód kolizji jest jeden: śnieg – mówi oficer dyżurny wrocławskiej drogówki.
Dramat w autobusach…
Jednak jeśli kierowcy się męczyli, to prawdziwy dramat przezywali pasażerowie miejskiej komunikacji. Pół miasta spóźniło się do pracy.
- Nowy Dwór stoi. Samochody poruszają się w żółwim tempie. Światła zmieniają się szybko, a auta nie mogą spod nich ruszyć. Dlatego autobusem zamiast jechać dziesięć, jechałam czterdzieści minut – żaliła się Elżbieta Pawlicka, z ulicy Wojrowickiej, która do pracy dotarła pół godziny później niż zazwyczaj. – A specjalnie wyszłam z domu pół godziny wcześniej – dodaje.
Wrocławianie po kilkadziesiąt minut czekali na przystankach marznąc i przeklinając na czym świat stoi. Albo tracili nerwy w autobusach, które stały w korkach.
- Jechałam z Kozanowa na plac Grunwaldzki autobusem pospiesznym i zajęło mi to prawie godzinę – opowiada Katarzyna Kaliciak, studentka Akademii Rolniczej. – Bez przerwy staliśmy korkach. Koszmar!
- Przejechanie ulicy Skłodowskiej-Curie zajęło mi 40 minut – mówi Anna Boberek, studentka. – W końcu przesiadłam się w tramwaj, bo tylko one dziś nie stoją w korkach. W taką pogodę najlepiej nie wychodzić z domu.
… i w tramwajach
Ale w tramwajach wcale nie było lepiej. Zwrotnice były blokowane przez padający śnieg, albo przez pługi, które zasypywały je oczyszczając ulice. Z mostu szczytnickiego nie dało się skręcić w Sienkiewicza, przez co dziewiątki i siedemnastki musiały jechać prosto, przez pl. Grunwaldzki. Tramwaje na pl. Orląt Lwowskich nie mogły skręcać w stronę PDT i musiały jechać przez ul. Piłsudckiego. Takich przypadków było więcej. Nic dziwnego, że narzekaniom wrocławian nie było końca.
- Spieszyłem się na egazmin i prawie się spóźniłem – narzeka Michał Bandrów. – W taką pogodę kierowcy potwornie się zachowują, zajeżdżają sobie drogę, nie pozwalają autobusom włączyć się do ruchu. Poza tym zima po raz kolejny zaskoczyła służby drogowe.
Słabo przygotowani
Ale służby drogowe wiedziały, że tak będzie. Prawda jest jednak taka, że miasto nie jest i nie będzie lepiej przygotowane na zimę. Wszystko dlatego, że mamy za mało pługo – piaskarek. We Wrocławiu jest ich 39. W Warszawie mają 200. Chodzi o to, że władze stolicy Dolnego Śląska nie wykładają na utrzymanie dróg wystarczających pieniędzy. Za zimowe utrzymanie dróg płacimy 8 mln zł rocznie. Miasto nie wymaga od firm zjamujących się odśnieżniem, żeby ulice były czarne. Na jezdniach może leżeć błoto pośniegowe. Dlaczego? Bo gminy nie chce wydawać więcej pieniędzy niż wydaje w tej chwili. Jedynym miastem w Polsce, które zleca odśnieżanie dróg tak, by były one czarne jest Warszawa. Ale stolica płaci za to 55 mln zł rocznie. Można więc podejrzewać, że my musielibyśmy na to wydawać 30 mln zł. Czyli cztery razy tyle ile wydajemy teraz.
- W tej chwili na ulice wyjechało 39 pługopisakarek. Za dodatkowe pięć milionów mogłoby ich być dwa razy więcej. Sprzęt przyniusłby ulgę może przez jeden, może dwa dni w roku. A za te same pieniądze można przez rok utrzymać 10 przedszkoli, albo 40 rodzinnych domów dziecka – mówi Marcin Garcarz, rzecznik prasowy prezydenta Wrocławia.
Oznacz to, że gdy tylko mocniej sypnie, czeka nas wiele takich poranków jak wczorajszy.
Autor artykułu: Bartłomiej Knapik, Przem, TOK